Narzędzia użytkownika

Narzędzia witryny


podroze:pibrelacja

Lima

Z Warszawy wylot mieliśmy 19 kwietnia liniami Iberia. Bilet lotniczy w obie strony kosztował 3266 PLN. Z Warszawy polecieliśmy do Madrytu (2:50 h), a stamtąd do Limy (ok. 12 h). Do Limy lecieliśmy liniami AirComet, generalnie nie polecamy - są posiłki i jakieś picie ale reszta jest płatna ekstra (napoje alkoholowe, oglądanie filmów), odwołują loty. Czas w Limie jest przesunięty do tyłu o 7 godzin względem Polski. W Limie zatrzymaliśmy się w centrum w Hotelu Europa (jest w Lonely Planet) - za pokój 2 osobowy płaciliśmy 28 SOL; łazienka jest wspólna, generalnie jest czysto, raz się zdarzyło że spotkaliśmy karalucha. Ciepła woda zwykle jest ale leci powoli, obsługa miła, właścicielem jest jakiś Chińczyk który okresowo skanuje parter (dziwnie mu patrzy z oczu). Jest TV (pilot w recepcji), na miejscu można kupić piwo i jakieś napoje z lodówki (nieco drożej niż w sklepie), czy to jedliśmy czy coś piliśmy na parterze nikt się nigdy nie czepiał, przy rejestracji dają papier i małe mydełko (można prosić o następną rolkę po paru dniach).

W Limie zwiedziliśmy kościół Santa Rosa, Miraflores (warto się wybrać), Muzeum Banku Centralnego (sporo ekspozycji, wejście za darmo), Muzeum Inkwizycji (wejście darmo, mało do oglądania, raczej nieciekawe), ZOO (warto). W centrum Limy niedaleko Plaza de Armas jest kompetentny punkt informacyjny. Po mieście poruszaliśmy się taksówkami, komunikacją miejską i na piechotę. Taksówka z hotelu na pobliski dworzec autobusowy 8 SOL (piechotą pół godziny), taksówka z lotniska do centrum (hotel) 20 SOL. Po wylądowaniu warto wyjść z terenu lotniska i tam łapać taksówkę (jeżdzą co chwila), trzeba wyjść z budynku i kierować się na lewo, do końca i w prawo; taksówkarze na lotnisku chcą 40 SOL, da się stargować na 30 SOL - pokazują ci jakieś karteczki żeby uwiarygodnić cenę, najlepiej nie zwracać na nich uwagi i iść zdecydowanie ku wyjściu z lotniska. Jazda autobusem po mieście to koszt jednego, dwóch soli - trzeba pytać o kierunek i gdzie wysiąść (dość ciekawa zabawa, bardzo dużo autobusów odjeżdża z okolic Plaza Grau, pytać lokalnych o drogę).

Pogoda pod koniec kwietnia - gorąco i słonecznie, na początku czerwca - pochmurno, ciepło, wieczorami chłodno, czasem padało (głównie w nocy).

Jakieś 15 minut od hotelu jest market Metro: salami paczkowane 14 SOL, bułka 0,25 SOL, Pepsi 3 l - 4 SOL, piwo 0,6 l 3,5-4 SOL, sporo cen jak w Polsce. Obiady w okolicy hotelu: zestawy 6-8 SOL (do wyboru kilka dań), dania z karty 15 SOL, kawa 2-3 SOL, herbata 2 SOL, Coca Cola 1 l 4,50 SOL. McDonald: ceny bardzo podobne jak w Polsce, za powiększony zestaw 13-15 SOL, kawa 1,5 SOL. Pamiątki: T-shirt lepszy 18 SOL (stargowane z 23 SOL), gorszy T-shirt 10 SOL, normalna bransoletka z muliny 1 SOL, pojedyńcza bransoletka z nasion 1 SOL, podwójna bransoletka z nasion 2 SOL, poncho nie za duże 20 SOL (stargowane z 30 SOL), koszulka lniana 32 SOL (stargowane z 35 SOL), rękawiczki 5 SOL, skarpety długie ręcznie robione 15 SOL, skamieniałe drewno 30 SOL, mała skamieniałość 5 SOL, muszla morska większa 15 SOL, muszla morska mała 3 SOL, duża 5 SOL (inne miejsce), pacynki na palec 1 SOL, kubek na kości 10 SOL, etui na klucze 4 SOL.

Paracas

Dojazd do Paracas mieliśmy kombinowany. Najpierw dojechaliśmy z Limy do Pisco za 17 SOL, czas 3,5 h (firma Peru Bus), UWAGA: nie wysiada się w mieście tylko na Pan Americanie, do miasta trzeba dojechać albo dojść, my byliśmy zdziwieni że wysiadamy gdzieś na jakimś odludziu (nie wygląda to jak środek miasta). Akurat w dzień kiedy przyjechaliśmy były protesty (blokady dróg) i wszyscy kierowali nas do Paracas, dojechaliśmy tam rozklekotaną Toyotą za 20 SOL (5 SOL od osoby). Na miejscu byliśmy ok. 12-13 godziny, szybko znaleźliśmy hotel u Manuela za 10 SOL od osoby (obniżka z 20 SOL za wykupienie wycieczek), hostel znajduje się mniej więcej na przeciwko placu (coś a la Plaza de Armas) w centrum miasta - dormitoria w postaci baraków z płyty, w czasie kiedy byliśmy jeszcze się budowało, łazienka wspólna, jest prysznic, ciepłej wody brak, cienkie ściany powodują że słyszy się sąsiadów z pokoju obok, atrakcją jest udomowiony pingwin Panczo. Wykupiliśmy 2 wyczieczki: po parku narodowym oraz wyspy Ballestas - za obie 50 SOL na osobę.

Park Narodowy Paracas

Park jest dość duży, przy wjeździe do parku pobierana jest opłata 5 SOL od osoby, jechaliśmy z przewodnikiem jakąś rozklekotaną TOYOTą, przewodnik nie mówił po angielsku, ale miał przy sobie elektroniczny słownik. Całość to wielka pustynia położona przy oceanie. Jedzie się drogą która jest zrobiona z soli, ogląda skamieniałości, trochę spaceru plażą i po pustyni. Gdzieś w połowie obiad - przewodnik zawozi do miejsca gdzie sprzedają ryby, ceny mają wysokie ale za to jedzenie dobre i całkiem sporo (ryba + picie - 33 SOL od osoby), w pobliżu nie ma tańszej alternatywy (nie chodziliśmy po sąsiednich restauracjach). Potem jest trochę czasu wolnego, można się kąpać (trzeba zabrać ręcznik i strój kąpielowy), niedaleko są pelikany i inne ptaki, czasem można spotkać lwa morskiego. Na koniec ogląda się flamingi które akurat tego dnia były bardzo daleko. Całość trwała ok. 3-4 godziny. Ogólnie - warto zwiedzić ten park, bardzo ładne widoki i możliwość zobaczenia zwierząt.

Wyspy Ballestas

Początek rano ok. 8 rano. Całość trwa ok. 2 godzin. Przed wejściem na łódkę płaci się opłatę portową 1 SOL. Warto zabrać coś na słońce (wysmarować się, czapka /chroni też od ptasich kup/, okulary przeciwsłoneczne) i coś na wiatr (motorówka potrafi płynąć 50 km/h). Najpierw ogląda się świecznik (czy tam kaktus) na piasku a potem zwierzaki na wyspach - głuptaki, pingwiny, lwy morskie i inne. Wyspy służyły kiedyś jako źródło guana jako nawóz, obecnie eksploatacja nie jest na tak dużą skalę. Do samych wysp płynie się ok. 20 minut. Warto pojechać i zobaczyć.

Nazca

Po obejrzeniu wysp Ballestas odrazu pojechaliśmy do Nazca. Jest możliwość jechania autobusem bezpośrednio z Paracas (chyba 30-40 SOLi) ew. tańsza opcja z przesiadkami: TAXI do Pan Americana na wysokości Pisco 20 SOL (5 SOL od osoby), potem autobus do Ica i szybka przesiadka do Nazca (chyba łącznie 10-15 SOL), całość 3 godziny. Manuel z Paracas (ten od hotelu i wycieczek) polecił nam hotel w NAZCA „Estrellita del Sur”, jest niedaleko terminala gdzie przyjechał autobus (Callao 568A, tel: 056 52 2106). W hotelu czysto i cicho, obsługa bardzo miła, zapłaciliśmy 70 SOL za pokój 4 osobowy dlatego, że powołaliśmy się na Manuela, który wcześniej i tak dzwonił do hotelu pytać się o cenę. Zamówiliśmy lot nad liniami Nazca - koszt 53 USD, w cenę wliczona taksówka na lotnisko. Następnego dnia rano o 7:50 pojechaliśmy na lotnisko gdzie trzeba wnieść opłatę 20 SOL. Sam lot trwa ok. 30 minut, leci się małą awionetką i dość trzęsie, przechyły są mocne. Pilot mówił po angielsku, nasz znał też nazwy rysunków po polsku. Na nas linie nie zrobiły ogromnego wrażenia, ciekawe ale nic nadzwyczajnego; sam lot awionetką był też ciekawym przeżyciem - jeśli się wahasz to wybierz oglądanie z wieży (chyba 30 SOL wejście), niestety trzeba tam dojechać ok. 20 km (dla jednej osoby to 60 SOL, dla większej ilości osób dużo mniej), podjerzewam że da się tam dojechać jakimś busem, wtedy kosztowałoby to kilka soli, a linie z lotu ptaka obejrzyj na zdjęciach. Samo Nazca jest dość nastawione na turystów, jest sporo miejsc gdzie można zjeść, sporo pamiątek (pocztówka 1 SOL z Nazca, 0,50 SOL za inne, 5 SOL za znaczek do Polski). W hotelu zostaliśmy do 22. a potem udaliśmy się nocnym autobusem do Arequipy.

Arequipa

Do Arequipy dostaliśmy się autobusem Cruz del Sur, zapłaciliśmy 81 SOL, były tańsze opcje za 60 i droższe za 110, ale postanowiliśmy na noc i na jazdę po górach wziąć bezpieczniejszy autobus (po dwie osie na przodzie i tyle), w cenę było wliczone śniadanie; myślę że teraz pojechalibyśmy jakąś tańszą linią. Bardzo wcześnie rano, około 7, byliśmy na miejscu; do Arequipy z Nazca jedzie się 9,5 h. Zaraz udaliśmy się do wcześniej polecanego przez Manuela Hostelu - Hostal La Posada del Parque, znajduje się tam też operator wycieczek Marlon's Travel. Oprócz osobnych pokoi jest dormitorium 15 SOL za osobę. Jest czysto, jest ciepła woda, obsługa jest naprawdę miła, na dachu jest mała kafejka gdzie można coś wypić i zjeść (w pierwszy dzień kawa i herbata są za darmo), są hamaki, jest możliwość zrobienia grila. Interes jest rodzinny i takowa atmosfera tam panuje, możemy zdecydowanie polecić, wykupiliśmy tam dwie wycieczki: treking po Kanionie Colca (3 dni, chyba 160 SOL) i wejścia na Wulkan El Misti (2 dni, 140 SOL); mieliśmy zniżki bo była nas czwórka i braliśmy dwie wycieczki. W Marlon's Travel wszystko wytłumaczą jeśli chodzi o miasto: gdzie market, bankomat, itd. za darmo, jest poglądowa mapka w folderze; o wszystko można pytać, prosić, Ci ludzie byli tam naprawdę bardzo mili i uprzejmi. Był jeden mały zgrzyt, bo po powrocie z Kanionu Colca mieliśmy mieć miejsce w hostelu ale okazało się że miejsca nie ma i musieliśmy się przenieść do innego hotelu (Hotel Tito), na plus że właścicielka się wszystkim zajęła, skontaktowała się z nami, przeprosiła i potem zaprowadziła do nowego miejsca, mieliśmy tę samą cenę. Hotel Tito - miła obsługa, czysto, trochę ponuro, szybko zatęskniliśmy za starym miejscem i następnego dnia tam wróciliśmy. Z Arequipa pojechaliśmy do Puno.

Trek po Kanionie Colca

Cały trek trwał 3 dni i 2 noce, nasza czwórka została dołączona do grupy innych 5 osób. Posiłki i noclegi są zapewnione, jedzenie jest dobre i właściwie wystarcza - raczej nie trzeba dojadać, może poza jakimiś batonami czy ciastkami (wode to lepiej zawsze mieć przy sobie). Zaczyna się bardzo wcześnie rano bo po 3, jedzie się busem kilka godzin i o 7, 8 jest się na miejscu, trzeba zapłacić za wejście na teren kanionu 35 SOL, po drodze jest jakieś śniadanie. Jak jechaliśmy ktoś dostał choroby górskiej, objawem były wymioty i lamenty poszkodowanego. Jeśli o nas chodzi to czasowe lekkie bóle głowy no i człowiek szybciej się męczy - nie czuje się zmęczenia w mięśniach ale ma się zadyszkę jak po długim biegu. Część grupy w autobusie była tylko na jeden dzień, część na dwa dni a część na trzy dni - są różne opcje. Treking, po kilku przystankach gdzie ogląda się okolice z autobusu, rozpoczyna się po 12. Idzie się w dół kanionu, przechodzi przez rzekę na drugą stronę i kawałek pod górkę do miejsca noclegu, marsz skończył się ok. 17:30 już po ciemku - czyli niecałe 6 godzin spokojnego marszu w większości w dół z wieloma przestankami. Miejsca noclegowe podstawowe, jest prysznic z zimną wodą, ceny w tym mini hostelu wysokie (piwo 10 SOL, mała woda chyba 4 SOL). Drugiego dnia startujemy o 9 i kontynuujemy marsz wzdłóż kanionu, mijamy kilka wiosek, po drodze przewodnik opowiada różne rzeczy na temat roślin i ludzi którzy tam żyją (my akurat mieliśmy takiego który tam żyje/żył). Drugiego dnia do ok. połowy trasa wiedzie umiarkowanie pod górę a potem w dół znów na drugą stronę rzeki. Na miejscu byliśmy ok. 14 czyli ok. 5 godzin spokojnego marszu; jest tam niewielki basen i chatki w których się nocuje, jest prysznic z zimną wodą, o ile pamiętam to w dzień może być ciepła. W ostatni dzień trzeba wstać bardzo wcześnie rano ok. 5, trasa wiedzie cały czas pod górę. Istnieje możliwość wynajęcia muła (bagaż, osoba) ale trzeba dać wcześniej o tym znać przewodnikowi (koszt +- 70 SOL). Wejście jest umiarkowanie strome i trwa 3-4 godziny, dochodzi się do wioski skąd rozpoczął się treking. Stamtąd grupa udaje się do ciepłych źródeł - nic specjalnego jeśli jest gorąco, ale ogólnie można posiedzieć w ciepłej wodzie (wejście płatne - 10 SOL?). Potem powrót do Arequipy, po drodze zatrzymujemy się żeby zobaczyć lamy, alpaki i wikunie; na miejscu jest się wieczorem. Trek zaczyna się na wysokości ok. 3400 m n.p.m., schodzi się do wysokości ok. 2200 m n.p.m. W nocy potrafi być chłodno; chociaż w miejscach noclegowych jest świeża pościel to można ze sobą zabrać śpiwór. Trek jest łatwy, miejscami niebezpieczny przez przepaście, nie jest specjalnie męczący o ile od czasu do czasu uprawiasz jakiś sport; zdecydowanie odradzam ludziom z lękiem wysokości - jest dużo otwartych przestrzeni, wąskie ścieżki z przepaściami, mosty wiszące (solidne).

Wejście na Wulkan El Misti

El Misti to czynny wulkan znajdujący się w pobliżu Arequipa, ma wysokość 5822 m n.p.m. Na wulkan wchodzi się dwa dni. Pierwszego dnia rano, ok. 8 wyjechaliśmy do podnóża wulkanu na wysokość ok. 3700 m n.p.m., stamtąd idzie się pieszo, z całym ekwipunkiem (namiot, woda, trochę własnego jedzenia, śpiwory, karimaty) do bazy na wysokość ok. 4700 - 4900 m n.p.m. (zależy od sił i przewodnika), tam rozbiliśmy namioty w sztucznie zrobionych nieckach. Namioty miały być 4 osobowe a były 2, obiado-kolacja składała się z zupek chińskich, zajmuje się tym przewodnik który o mało co, podczas przygotowywania posiłków, nie spalił sobie namiotu. Podejście nie jest technicznie trudne, bardzo pomocne jest jakiekolwiek doświadczenie w chodzeniu po górach, nachylenie jest umiarkowane ale cały czas pod górę. Ważne żeby wchodzić bardzo małymi kroczkami bo inaczej szybko się zmęczysz, wysokość daje się we znaki, warto wypożyczyć kijki trekingowe (nie spodziewaj się nowych, nasze były ustawione na stałą długość). Następnego dnia pobudka jest bardzo wcześnie rano bo ok. 3 nad ranem, małe śniadanie i po 4 zaczyna się podejście na szczyt które trwa od 5 do 8 godzin w zależności od kondycji i tempa. Tym razem zabiera się ze sobą tylko trochę wody, aparat i może coś drobnego do jedzenia. Dochodzi się do wypłaszcenia ale to jeszcze nie szczyt, jest on na lewo jeszcze do góry gdzie znajduje się metalowy krzyż skąd wiadać czynny jeszcze krater, gdzie też można podejść (polecam!) - śmierdzi siarką, żółte kamienie i się dymi. Podejście jest nieco trudniejsze niż pierwszego dnia. Droga powrotna to szybkie zejście żlebem po żwirze i piasku - zajmuje od 0,5 h (baaardzo szybkie zejście) do 2 godzin dla mniej wprawionych - to coś jak schodzenie po piasku na wydmach, uwaga na kamienie jak się szybko schodzi. Jak trudne jest wejście? Technicznie nie jest trudno ale za to całe podejście jest bardzo wyczerpujące, różnica poziomów każdego dnia to 1000 m, na tych wysokościach rozrzedzone powietrze odczuwa się mocno - trzeba robić dość często przerwy żeby zaczerpnąć powietrza, chodzić małymi kroczkami. Doświadczenie w chodzeniu po górach na pewno się przyda i ułatwi wejście, acz po drodze wchodziła grupa lokalnych ludzi w dresach i w trampkach, ale nie wiem czy w końcu doszli na sam szczyt czy nie (grupa miała z 15 osób). Jeśli się będziesz wahać - spróbuj i tak, skoro Ci to już przyszło na myśl. Byłem ubrany w bieliznę oddychającą (majtki, kalesony, długi rękaw), sweter, polar, kurtka oddychająca, spodnie trekkingowe, czapka, rękawiczki - to na samo wejście, na tej wysokości, wieczorem i szczególnie rano, może być bardzo zimno. Okulary przeciwsłoneczne się przydadzą i smarowanie kremem przeciwsłonecznym. W cenę wliczone jest wszystko oprócz: kijków trekingowych (ok. 15 SOL za dzień), kilka litrów wody, kurtka, butów i ewentualnego wnoszenia przez kogoś bagażu na górę; reszta: namiot, jedzenie, karimata jest w cenie. Mieliśmy dość wyluzowanego przewodnika bo co postój zapalał sobie skręta, po kilku miał już mocno przekrwione oczy :) i o El Misti wyrażał się że nie lubi tej góry bo jest „smutna” (sporo racji - pusto, sucho, zimno, wykańczające podejście) - mimo to miało się duże poczucie bezpieczeństwa (wcześniej wszelkie aspekty bezpieczeństwa są dobrze omówione). W 1998 roku znaleziono 6 mumi z czasów inkaskich.

Puno i Jezioro Titikaka

Do Puno z Arequipa jest ok. 300 km, jedzie się ponad 6 godzin, wyjechaliśmy rano po godzinie 8, a byliśmy przed 15. TAXI z terminala do centrum kosztowało nas 3 SOL. Puno znajduje się nad jeziorem Titikaka, najwyższym jeziorem po którym pływają łódki. Znaleźliśmy hotel, niepamiętam nazwy, wydaje mi się że znajduje się parę minut piechotą od głównego placu z kościołem idąc ulicą Deustua w kierunku północno-wschodnim po lewej stronie - płaciliśmy 10 SOL za noc (pokój dwuosobowy, lekko stargowane), standard niski, zimno, ciepła woda miała być a nie było, jest osobna łazienka, pokoje nieco obskórne. Następnego dnia w informacji turystycznej (róg głównego placu) dowiedzieliśmy się o możliwościach obejrzenia pływających wysp (nie było nic innego do roboty) - można z wycieczką (25 SOL) ale można też samemu. Najpierw trzeba dostać się do portu - my poszliśmy na piechotę, w porcie ściągneli nas jacyś naganiacze, jest klika opcji, albo collectiwo (łódka) na wyspy za 10 SOL albo prywatnie wyniajęta łódka za ok. 30-50 SOL, do tego trzeba doliczyć 5 SOL za wstęp na wyspy. Mieliśmy też propozycję od jakiś obcokrajowców na zrzutę na łódkę na jakieś wyspy na jeziorze ale płynie się tam 3 godziny w jedną stronę i zrezygnowaliśmy. Wybraliśmy collectivo za 10 SOL, na wyspy płynęliśmy trochę ponad pół godziny, o tej godzinie (ok. 13.) musieliśmy poczekać paredziesiąt minut aż zbiorą się ludzie do łódki - para Peruwiańczyków, i jacyś inni ludzie raczej z Ameryki Południowej. Łódka którą płyneliśmy swoje już przeżyła, kapitan odpalał ją skręcając na stałe dwa druciki i łącząc na chwilę dwa inne, do pomocy miał swojego majtka który po drodze zgubił buta którego chwilę potem odławialiśmy. Wylądowaliśmy na wyspie z trzciny, chwilę potem wójt wyspy rozpoczął pokaz jak wyspa jest zbudowana i co się na niej robi, całość wyglądała trochę komicznie do tego z pobliskich domków zaczęły wychodzić kobiety i rozkładać swoje kramy z pamiątkami do których byliśmy namawiani. Po jakimś czasie (30 minut?) wracamy do łódki która na nas czekała, płynęliśmy na następną wyspę; wszyscy byli gorąco namawiani aby popłynąć inną, specjalną łódką z trzciny, ale trzeba coś za to płacić i płynie się bardzo wolno - można spokojnie odmówić i tak też zrobiliśmy. Na następnej wyspie można coś zjeść, ale my po prostu czekaliśmy aż popłyniemy spowrotem do portu. Turyści są mocno namawiani aby kupować i dawać datki a wszystko w imię wyższego dobra jakim są te wyspy, z tego co można było zaobserwować to wyspy mają już tylko typowo turystyczny charakter. Całe Puno nie wywarło na nas pozytywnego wrażenia, postanowiliśmy stamtąd uciekać jak najszybciej, następnym przystankiem było La Paz.

La Paz

Bilet kupowaliśmy w CIAL ale sprzedali nas do PanAmericana. Z Puno wyjechaliśmy wcześnie rano o 7:30, dojechaliśmy do granicy z Boliwią - wysiada się z autobusu idzie do urzędu peruwiańskiego, tam ten kwitek (deklaracja celna) musi podbić policjant a potem w innym budynku (?) oddaje się go strażnikowi granicznemu który podbija paszport; potem idzie się do strażników w Boliwii, wypełnia się podobny papier z deklaracją celną i dostaje się pieczątki w paszporcie (w tej deklaracji nie należy się przejmować jakimiś szczegółami typu miejsce zatrzymania, itp. wystarczy wpisać cokolwiek, np. z przewodnika). Z granicy do Copacabana jest już blisko, dojechaliśmy tam na 10:40, gdzieś po drodze przed granicą zatrzymywaliśmy się w jednym miejscu do toalety i kantoru, wciskają kit że potem nie będzie można wymienić (kantor miał w miarę dobry przelicznik), wciskają też bilety do kościoła w Copacabanie, wszyscy biorą ale myślę że spokojnie można odmówić (też wzięliśmy myśląc że to jakaś opłata za wstęp albo co). W Copacabanie mieliśmy startować ok. 13:00 czasu boliwijskiego (godzinię wstecz!), był mały poślizg bo musieliśmy się przesiąść do innego autobusu (o tym nie było mowy jak kupowaliśmy bilet), ujechaliśmy chwilę i była przeprawa promowa (1 SOL, sprawdzają paszporty). W La Paz byliśmy o 16:30, czyli całość trasy to 9 godzin (wliczając postoje), autobus wysadził nas w dzielnicy turystycznej gdzieś na ulicy, były spore korki. Znaleźliśmy hostel (nie pamiętam nazwy) tuż obok Hotelu Cactus (Calle Jimenez #818) bo mieli komplet, Hotel Cactus jest w przewodniku Lonely Planet. Płaciliśmy ok. 20 BOB od osoby, pokój czteroosobowy, bardzo ciemny, łóżka niewygodne, miejsce nieco obskórne, ciepła woda jest z podgrzewacza, jest kuchnia za 3 BOB (można wynegocjować aby była za darmo). W okolicy jest mnóstwo sklepów z pamiątkami, na przeciwko hostelu jest sklep gdzie są ręcznie wyrabiane czapki, torebki, itp. - jeśli chcesz coś takiego kupić to dobra okazja, potem w Peru jest tylko drożej (ceny od 50 do 150 BOB za podstawowe pamiątki). Nie wiem jak z cenami ale na pewno jest tutaj duży wybór tego. Ulice w tamtej okolicy są ruchliwe, wieczorem jest dość bezpiecznie, są kamery na ulicach i kręci się policja, jest sporo turystów. Koniecznie musisz odwiedzić restaurację kubańską która jest na ulicy Santa Cruz (nie dam głowy) tuż obok restauracji „100% Natural” - mają świetne jedzenie, cena za danie to ok. 35 BOB.

Droga Śmierci

Tego samego dnia co przyjechaliśmy do La Paz udaliśmy się w poszukiwaniu zjazdów drogą śmierci, obeszliśmy kilka agencji łącznie z tymi z przewodnika, tam mieli najdrożej i niby najlepsze rowery (600-700 BOB), my wybraliśmy agencję na tej samej ulicy (Jimenez) gdzie były 3 opcje cenowe - 300, 400 i 600 BOB, różnice były tylko w rowerze jaki się dostaje - albo górski ze zwykłym amortyzatorem, górski z dużo lepszym amortyzatorem albo opcja full suspension (amortyzator z tyłu i przodu), wybraliśmy jedną średnią opcję i resztę najtańsze rowery. Lepiej wziąć najtańszą opcję, ta średnia daje pewien większy komfort ale nic co by powalało na kolana; opcja z fullem - na trasie nie ma takiego terenu co by w pełni wykorzystał możliwości takiego roweru. Wycieczka była organizowana przez El Solario (to jest też hotel) i być może jak się do nich podejdzie bezpośrednio to będzie się miało taniej, są niedaleko. Następnego dnia rano (7?) udaliśmy się do El Solario, tam zjedliśmy dobre śniadanie i dostaliśmy ekwipunek (spodnie, koszulki, płaszcze, kaski, itp.) potem wsiedliśmy do niewielkiego busa i przed godziną 9 byliśmy na wysokość ok. 4700 m n.p.m. skąd zaczyna się zjazd, na razie normalna droga asfaltowa, właściwa Droga Śmierci rozpoczyna się nieco później. Było dwóch przewodników, jeden mówił bardzo dobrze po angielsku (sam miał ten podstawowy rower), specjalnie nas nie hamował i jechał dość szybko. Były względnie częste przystanki żeby grupa mogła się na nowo połączyć. Po drodze jest przystanek gdzie płaci się chyba 15 czy 20 BOB dla policji narkotykowej (w okolicy jest sporo poletek z liściami koki). Przy rozdzielaniu rowerów było małe zamieszanie bo pomylili dla kogo miał być jaki rower, grupa miała parenaście osób (nie więcej niż 15). Trasa ma ok. 60 km, zjeżdża się ok. 5 godzin, technicznie jazda jest dość łatwa ale trzeba bardzo uważać, jak się nie czujesz pewnie na zakręcie to lepiej zwolnić. Przewodnik przez rozpoczęciem jazdy właściwą trasą mówi co i jak (np. to że jedzie się lewą stroną), co wolno a czego nie wolno. W ciągu 8 lat było 15 śmiertelnych wypadków z udziałem turystów (info od przewodnika), po drodze widać kilka wraków. Widoki są naprawdę wspaniałe, mimo iż jest mówione że przewodnik będzie robił zdjęcia (później się dostaje płytę) to uważam że lepiej wziąć ze sobą jakiś mały aparat - na koniec okazało się że zdjęcia z naszego wyjazdu są w fatalnej jakości, a filmików prawie nie ma w ogóle. Trasa kończy się w czymś a la hostelu, na wysokości ok. 1200 m n.p.m., jest gorąco (na górze było zimno). Tam jest niewielki basen i dość dobry obiad, można wziąć prysznic. Uwaga na krwiorzercze małe żółte muszki, trzeba się smarować preparatem na komary (czychają w cieniu). Drogę powrotną można jechać albo Drogą Śmierci albo nową która ją zastąpiła - wybraliśmy tę pierwszą opcję i było dość strasznie :) . Spowrotem w La Paz byliśmy wieczorem ok. 17, po drodze był jeden wypadek samochodowy (autobus i dwie ciężarówki) i jakiś festyn - trochę to spowolniło powrót.

Valle de la Luna (Księżycowa Dolina)

Następnego dnia około południa udaliśmy się do Księżycowej Doliny, złapaliśmy taksówkę i za 80 BOB pojechaliśmy w obie strony (taksówkarz na nas czekał godzinę). Na miejsce jedzie się ok. 35 minut, zwiedzanie trwa niecałą godzinę, wstęp kosztuje 15 BOB (?). Do oglądania są ciekawe skały zrobione z kamieni i błota. Spowrotem byliśmy około godziny 14.

Uyuni (Salar de Uyuni)

Z La Paz do Uyuni pojechaliśmy nocnym autobusem firmy Omar, zapłaciliśmy 90 BOB ze względu na gorszy autobus, czasem bilety są po 100 i 110 BOB przez lepszy autobus. Wyjazd o 19:00, przyjazd do Uyuni ok. 5:00 nad ranem. Droga w większości nie jest asfaltowa, trzęsie niemiłosiernie - lepiej nic nie stawiać na podłodze bo ucieknie i nad głową bo spadnie. W nocy i nad ranem jest przeraźliwie zimno, w autobusie dają koce ale to może nie wystarczyć, zastanów się czy nie wziąć śpiworu (z powrotem było lepiej) i termosu. W nocy ciężko zasnąć przez hałas i trzęsienie, mogą się przydać stopery i trochę alkoholu przed wyjazdem. Na miejscu wczesnym rankiem znaleźliśmy jedno miejsce gdzie był jakiś piecyk i coś do jedzenia. Po wyjściu z autobusu zbierają się naganiacze na wycieczki po Uyuni, gdzieś po drodze zagadała nas jedna kobieta która akurat szukała 4 osób do kompletu; ponieważ nie mieliśmy gdzie się podziać poszliśmy do tej agencji (Monte Blanco) i posłuchaliśmy co jest do obejrzenia. Wszystkie wycieczki są właściwie takie same - 3 albo 4 dni (to samo co 3 dni), przejazd przez Salar, potem laguny, gejzery, ciepłe źródła, trochę skał i powrót. Kupiliśmy wycieczkę za 500 BOB ale było ciężko ze stargowaniem, mieliśmy tę przewagę że była nas akurat czwórka do kompletu; cena wyjściowa to 650-600, można spokojnie stargować do 550 BOB. W La Paz dwóch Anglików powiedziało nam żeby mówić 500 a jak nie to iść do następnego miejsca - agencji jest tam mnóstwo, któraś się w końcu zgodzi. Z Monte Blanco byliśmy zadowoleni, auto co prawda nie miało ogrzewania a klimatyzacja nie działała, to nie było żadnych zgrzytów i całość była zgodna z umową, jedzenie bardzo dobre (!) a noclegi przyzwoite (podstawowy standard, jest czysta pościel (najprawdopodobniej :) ), są prysznice, pierwsza noc z ciepłą wodą, druga nie). Kierowca Xavier spokojny, nie mówił za dużo, dobrze gotował, znał na podstawowym poziomie angielski. Sam przejazd - bajka, to trzeba po prostu przeżyć; np. na Salarze wyspa z kaktusami jest niewidoczna bo zasłaniana przez krzywiznę ziemi! Uwaga ogólna - tam potrafi być naprawdę zimno - trzeba zabrać ciepłe ubrania, śpiwory i warto pomyśleć o termosie; my wróciliśmy z przeziębieniami (dość szybko przeszło). Jedzie się paczkami po kilka aut, kierowca się wszystkim zajmuje ale nic nie stoi na przeszkodzie żeby mu jednak czasem pomóc. Pobódki są wcześnie rano, szczególnie ostatniego dnia. Po drodze zdarzało się że inne auta miały jakieś usterki (raczej do naprawienia na miejscu bo potem jechały dalej). Ostatniego dnia prawie cały dzień się jedzie, spowrotem w Uyuni jest się ok. 18:00. Można odrazu wsiąść do autobusu powrotnego do La Paz ale warto wcześniej kupić bilet i koniecznie powiedzieć kierowcy żeby mógł dobrze rozplanować czas. Napisaliśmy jeszcze miłej pani z agencji (mówiła łamanym angielskim) opinię żeby mogła przyciągać innych turystów, a od siebie daliśmy jej pocztówkę z Krakowa - była wniebowzięta.

Cusco

To była droga przez mękę. O ile sam przejazd z Uyuni do La Paz był w miarę OK (100 BOB, lepszy autobus, start chyba o 20:00) to La Paz - Cusco… zaraz po przyjeździe do La Paz (6, 7 rano) zdecydowaliśmy że tego samego dnia jedziemy do Cusco, autobus startował o 8:30 i miałbyć bezpośredni (agencja /tych do La Paz jest mało/ blisko wyjścia do autobusów, w lewej części wchodząc na terminal), liczyliśmy się z ew. jedną przesiadką na granicy. Pierwsza przesiadka była na granicy, tym razem przekraczaliśmy granicę w Desaguadero, oddaje się boliwijski papierek, wypełnia na nowo peruwiański, pieczątki i po kłopocie. Przejście jest większe niż to w Copacabana, jest większy hałas i więcej ludzi. Na miejscu chaos, bagaże wypakowali i czekały one w biurze Floresa, stamtąd musieliśmy je zanieść do autobusu który chwilę potem odjechał (jedna lokalna kobieta próbowała go zatrzymywać bo ktoś jeszcze miał wsiadać). Tym autobusem dojechaliśmy tylko do Puno, tam nas znowu przesadzili do kolejnego autobusu (była godzina 13), mieliśmy jakieś pół godziny czasu wolnego, dostaliśmy nowe bilety (darmo) do których musieliśmy wykupić opłatę za terminal (ok. 1 SOL). Ujechaliśmy trochę ale znowu przesiadka, teraz w Juliaca. Stamtąd już prosto do Cusco gdzie byliśmy wieczorem ok. 20. Podjechaliśmy taksówką (coś koło 10 SOL) do Hostelu Marlon (z polecenia z Arequipa) ale był pełny (ok. 13, jak dzwoniliśmy, mieli jeszcze miejsca) zaraz obok był hostel Imperial II gdzie zatrzymaliśmy się na dłużej. Hostel Imperial II - 20 SOL za noc od osoby (stargowane z 25) za pokój dwuosobowy. Wewnątrz dziedziniec wokół którego są wejścia do pokoi. Jest spokojnie, w pokojach jest łazienka z ciepłą wodą z podgrzewacza, w pokojach trochę ciemnawo, czysto ale jakby trochę ponuro, w naszym pokoju jest telewizor. Przez pierwszę parę dni nic nie robimy żeby się wyleczyć z przeziębienia i nieco odpocząć po ostatnich intensywnych podróżach. Miejsce typowo turystyczne, zastanowiło nas dlaczego w tym mieście i na Machu Picchu jest tak wielu ludzi z Izraela… do teraz nie bardzo wiemy dlaczego. Zaczęliśmy planować wyjazd do Machu Picchu oraz orientować się w cenach wyjazdu do dżungli. Po powrocie z Machu Picchu nocowaliśmy w innym hostelu Residencial Madres Dominicanas (jest w przewodniku Lonely Planet), za pokój dwuosobowy bez łazienki płaciliśmy 20 SOL (stargowane, normalnie 25 SOL). Czysto, spokojnie, ciepła woda nie z podgrzewacza (nie zawsze jest), są ręczniki. Możemy polecić, ale nam pozostał jakiś niesmak (początkowo umawialiśmy się na inną cenę, nieoddane jedno pranie).

Pisaq

Autobusem za 3,5 SOL można dojechać do Pisaq oglądać ruiny, jedzie się około godziny (skąd odjeżdża autobus - pytać w informacji turystycznej). Niestety można wejść tylko na specjalny bilet zbiorowy za 130 SOL który obowiązuje w wielu miejscach dookoła Cusco, nie ma możliwościu kupna indywidualnych biletów (sic!).

Tarasy solne

Naszą drogę na Machu Picchu rozpoczęliśmy od obejrzenia tarasów solnych niedaleko Cusco. Rano ok. 8 poszliśmy na autobus do Urubamby i wysiedliśmy przy Maras (dojazd trwa niecałą godzinę), przy skrzyżowaniu stoi wielu taksówkarzy którzy za ok. 25 SOL oferują dojazd do tarasów, uznaliśmy że jest to za dużo i postanowiliśmy iść na nogach do Maras i tam czegoś poszukać, do przejścia jest ok. 3,5 km. Na miejscu jeden taksówkarz chciał nas za 20 SOL zawieźć, ale znaleźliśmy w końcu takiego co się zgodził za 15 SOL. Do tarasów jest jakieś 8 km licząc od placu w Maras, dojazd taksówką zajmuje jakieś 20 minut (oczywiście taksiarze mówią że daleko i długo). Po drodze płaci się wstęp 5 SOL. Taksówkarz chciał poczekać i nas zawieźć spowrotem ale podziękowaliśmy (chciał kolejne 15 SOL). Widoki są bardzo ładne, można chodzić po tarasach, tylko uwaga: miejscami jest bardzo stromo. Odpoczęliśmy, coś zjedliśmy i ok. 13 udaliśmy się w kierunku miasta Urubamba (trochę na czuja), skierowaliśmy się na północ i wzdłuż rzeki na wschód (prawo), po ok. 2,5 km doszliśmy do drogi głównej.

Ollantaytambo

Po przejściu przez rzekę Urubambę droga na lewo prowadzi do Ollantaytambo (ok. 15 km) a na prawo do Urubamby (6 km), można próbować odrazu łapać coś do Ollantaytambo ale my udaliśmy się do Urubamby (około 1 SOL za busa) i stamtąd zaraz coś było do Ollantaytambo (ok. 1,50 SOL, z łapaniem busa do Ollantaytambo może być ten problem że część /jaka? Nie wiem/ wyjeżdża pełna z Urubamby i nie ma już miejsca). Wyjechaliśmy o 15, jedzie się ok. 30 minut. Znaleźliśmy bardzo fajny hostel, wracając kawałek się z rynku (Plaza de Armas) w kierunku wschodnim, idąc wzdłuż muru i rzeczki, po prawej jest wejście do hostelu. Za 15 SOL od osoby mieliśmy pokoje z własną łazienką i ciepłą wodą. Możliwy jest też pokój bez łazienki za 10 SOL od osoby. W środku jest dużo zieleni, możemy polecić ten hostel. Na miejscu zostaliśmy dłużej ze względu na blokady dróg przez 2 dni i zatrucie jednego z członków drużyny. Nic nie jeździło, normalnie na rynku co chwilę przyjeżdża i odjeżdża autobus z turystami, część barów i restauracji była pozamykana, z rana były jeszcze jakieś pochody protestacyjne. Przymusowy czas przeznaczyliśmy na odpoczynek i zwiedzanie ruin, ale tych darmowych (fajnie wyglądają i ładne widoki). Aby zwiedzić ruiny, te płatne, konieczny jest, wcześniej wspomniany, bilet za 130 SOL który obowiązuje również na inne miejsca, nie ma możliwości kupna biletu tylko na te ruiny. Zamiast ruin z turystami wybraliśmy się w te po drugiej stronie, wejście na górę dość łatwo znaleźć, idąc od hostelu na zachód dochodząc do rynku trzeba skręcić w prawo tak jak płynie rzeczka, potem kawałek prosto i w prawo, po pół godzinie jest się już przy pierwszych ruinach. Warto wejść jeszcze wyżej bo widoki są bardzo ładne, miejscami ścieżka jest wąska i śliska (żwir), czasem są mocne uskoki - trzeba uważać.

Machu Picchu

Po skończonej blokadzie w Ollantaytambo rozpoczęliśmy wędrówkę na Machu Picchu, nie jechaliśmy pociągiem, który kosztuje z Ollantaytambo 31 USD w jedną stronę, ale wybraliśmy alternatywną drogę dość powszechnie znaną, ale mniej uczęszczaną. Czekając na autobus dostaliśmy propozycję od taksówkarza że nas zawiezie do Hydroelektrika ale cena jaką podał była wyższa od tej jaką się płaci za pociąg (początkowo chyba 400 SOL za 4 osoby) - więc zastanówcie się czy opłaca się brać TAXI/collectivo. Z rynku w Ollantaytambo między 9 a 10 przyjeżdża autobus (taki większy) który jedzie docelowo do Quillabamba, ale zatrzymuje się po drodze w Santa Maria gdzie wysiedliśmy (można też jechać bezpośrednio z Cusco). Jak my jechaliśmy to autobus był pełny i nie bardzo chcieli nas zabrać, po krótkiej rozmowie wzięli nas do szoferki (zaproponowaliśmy że będziemy stać co jest zakazane w Peru - każdy musi mieć swoje miejsce siedzące); autobus kosztował 15 SOL, do Santa Maria jedzie się 4 godziny. Stamtąd trzeba dostać się do Hydroelectrica przez Santa Teresę - można to zrobić na raz (raczej tylko TAXI) albo na dwa razy (TAXI albo busami collectivo). W Santa Maria stał bus do Santa Teresa ale właściciele trochę cwaniakowali, na początku dali cenę 9 SOL, potem była 10 SOL by stanąć za 8 SOL. My oraz paru innych turystów zaprotestowaliśmy i powiedzieliśmy że chcemy dać 7 SOL i poczekamy na kogoś kto zawiezie nas za 7 SOL, było spore ryzyko, ale się udało, prosili nas jeszcze żeby nie mówić innym turysom ile tak naprawdę zapłaciliśmy. Przy okazji zobaczyliśmy ciekawy trik - przyjechał kolejny duży autobus, wtedy ten mniejszy bus, co mieliśmy nim jechać, uruchomił silnik i ruszył tak żeby to widzieli ludzie z tego dużego, zatrzymał się a ludzie w pośpiechu do niego wsiedli i zapłacili tyle ile trzeba. Do Santa Teresa jedzie się ok. 1 godziny wąską kamienistą drogą nad przepaścią, tam na miejscu zaraz był kolejny bus do Hydroelectrika za 3 SOL (albo 4?), wsiedli prawie wszyscy którzy byli w tym pierwszym busie. Dla informacji: w okolicy są ciepłe źródła jeśli ktoś chce się na dłużej zatrzymać. Do Hydroelectrika jedzie się ok. 40 minut. Tam czekał pociąg (trzeba mieć wcześniej rezerwację), my poszliśmy na piechotę. Idzie się kawałek torami, potem skręca w prawo, kawałek do góry i do następnych torów w lewo, dalej już prosto. Uwaga, bo po drodze można trafić na pociąg, jedzie raczej wolno. Co ciekawe, trasa ma ok. 11 km, pociąg jedzie ten odcinek prawie godzinę, czyli jeśli by biegnąć to można by wyprzedzić pociąg! Po torach nie idzie się za wygodnie, razem z nami szło też parenaście osób w różnych odstępach czasowych, przejście zajmuje ok. 2-3 godzin. Do Aqua Callientes dochodziliśmy już nocą (konieczne latarki), szybko znaleźliśmy nocleg za 12,5 SOL od osoby za całkiem przyzwoity standard z łazienką (pokoje dwuosobowe). Tego samego dnia kupiliśmy bilety na Machu Picchu - 124 SOL, studenci - 62 SOL, biuro z biletami jest czynne do 21, 21:30. Następnego dnia rano wizyta na Machu Picchu, można tam albo wejść albo wjechać klimatyzowanym autobusem za 7 USD (w jedną stronę, jedzie się ok. 20 minut), wejście jest strome i wyczerpujące i trwa ok. 1,5 - 2 godziny (część z nas pojechała autobusem, część na nogach). Jeśli decydujesz się na autobus to kup bilet dzień wcześniej, pierwszy autobus odjeżdża ok. 5:30 ale warto przyjść dużo wcześniej, bo my mieliśmy sporą kolejkę i musieliśmy czekać dodatkowe pół godziny żeby się dostać na górę - autobusów jest dużo i kolejka szybko przechodzi. Na górze kolejna kolejka do wejścia i kolejne pół godziny czekania. Jeśli jesteś wcześnie rano to możesz iść na Huayna Picchu (inaczej: Wayna Picchu), niektórzy zaraz po wejściu biegną się zapisać, ale tak wcześnie raczej nie ma za wielu chętnych i spokojnie można iść się zapisać. Wejście jest strome i wyczerpujące ale warte widoków z góry. Ja i Kasia wracaliśmy pociągiem, z tego względu z góry musieliśmy o 10:30 zacząć wracać na dół bo mieliśmy jeszcze do odebrania plecaki i kupić bilet. Przy kasie kolejka, zeszło z 30 minut, bilet jest na paszport i kosztuje 8 USD, trzeba być 30 minut przed odjazdem. Akurat do Hydroelectrika pociąg odjeżdża z innego miejsca niż do Cusco (tak się domyślam). Odjazd był o 12:34, w Hydroelectrika byliśmy ok. 13:30. Na miejscu czekały już busy ale my musieliśmy poczekać na pozostałych żeby wracać razem. Na ten dzień naszym celem było Ollantaytambo ale jest możliwy dojazd do Cusco. Wojtek i Asia przyszli ok. 15:30, poczekaliśmy chwile i znalazła się taksówka która za 11,50 SOL od osoby zawiesie nas do Santa Maria. Po drodze musieliśmy zmienić taksówkę (i cenę - 12 SOL za osobę) bo pewnie temu pierwszemu kierowcy było wygodniej. Tuż przy końcu dosiedli się jeszcze jacyś lokalni, łącznie w aucie jechało 11 osób (2 z przodu, 4 z tyłu i 5 w bagażniku kombi). Kierowca nam załatwił za 20 SOL busa do Ollantaytambo, powrót - kolejne 4-5 godzin. Nocowaliśmy w tym samym miejscu co ostatnio i następnego dnia rano pojechaliśmy do Urubamby (1,50 SOL), z Urubamby do Cusco (3,5 SOL).

Puerto Maldonado

Już przed wyjazdem na Machu Picchu orientowaliśmy się jak to jest z wyjazdem do dżungli. Z tą dżunglą to jest pewien galimatias, bo jest wiele miejsc do których można pojechać a wszystko to jest zwykle maskowane słowem kluczem - „Manu”. Jest wiele opcji, cenowo zaczyna się to od 150 USD plus przejazd do paruset a nawet paru tysięcy dolarów. My wybraliśmy 4 dni w Puerto Maldonado (Park Narodowy Tambopata - 3 dni i Tarikaya Projekt - 1 dzień) z przelotem tam samolotem, zapłaciliśmy za to 180 USD od osoby, możemy polecić tego operatora, biuro jest niedaleko Plaza de Armas na ulicy Plateros 319. Edgar, rezydujący w biurze (nie zawsze jest), jest bardzo zakręcony i nie mówi dobrze po angielsku ale można z nim wszystko ustalić i to co dostaliśmy było zgodne z umową. Myślę że 3 dni w nad Jeziorem Sandoval można próbować za 140 USD (dla nas on wyszedł z ceną 150 USD). Dojazd: samolot w obie strony kosztował 107 USD (promocja, kupowany tydzień wcześniej, Star Peru) + ok. 3 USD opłata lotniskowa, autobus kosztuje dużo mniej ale jedzie parenaście godzin (podobno ostatnio drogę zrobili dobrą i jest coraz lepiej - warto rozważyć tę opcję). W agencjach w których pytaliśmy za samolot płaci się 180 USD. Wylot samolotu opóźnił się o godzinę, lot trwa ok. 30 minut, na miejscu czuć dużą różnicę w wilgotności powietrza, początkowo minimalnie trudniej się oddycha. Na miejscu czekał już na nas nasz przewodnik Abel z kartką z naszymi nazwiskami, wsiedliśmy do motorikszy i pojechaliśmy do biura które znajduje się niedaleko Plaza de Armas. W biurze zapłaciliśmy drugą połowę należności i dowiedzieliśmy się co będziemy robić w najbliższych dniach. Abel zaprowadził nas potem do hotelu nieopodal - nazywał się chyba Tambopa, 20 albo 25 SOL za noc, pokoje podwójne bez łazienki - cena średnio atrakcyjna ale to co było fajne tam to możliwość oglądania filmów na telewizorze, kuchnia ze wszystkimi sprzętami, ubikacja z deską sedesową i papierem, dają ręczniki, miła atmosfera, spokój. Następnego dnia rano poszliśmy do biura, dobraliśmy gumowce i poszliśmy do portu (parę minut drogi), tam łódka zabrała nas do przystani przy Parku Narodowym Tambopata, w „leśniczówce” musieliśmy zostawić swoje dane i dalej poszliśmy w kierunku jeziora drogą w dżungli. Na początku nie było błota, ale potem… trzeba uważać gdzie się stawia gumowca bo błocko jest niemal wszędzie. Dochodzimy do małej przystani (ok. 2 km) i tam płyniemy do miejsca noclegowego już łódką (przewodnik mówił że normalnie idzie się piechotą całą drogę ale że my mieliśmy duże plecaki…). Płyniemy przez jezioro, wiosłuje przewodnik (cały czas) i my na zmianę, dopływamy do miejsca noclegowego - dwie chatki, prysznic i umywalka. Przyzwoicie, jest moskitiera, czasem przebiegnie jakiś karaluch po ścianie. Tego samego dnia jemy obiad (bardzo dobry!) płyniemy jeszcze na jezioro oglądać małpy i papugi (z daleka, przyda się lornetka). Po jeziorze pływa jeszcze parę innych łódek (canoe). Wieczorem oglądamy jeszcze jakieś pająki w pobliżu, jemy kolacje i idziemy spać. Następnego dnia rano (7, 8) jemy śniadanie i płyniemy łódką do przystani skąd przybyliśmy i idziemy oglądać papugi, udało nam się zobaczyć też ary (takie większe). Wracamy na miejsce i jemy śniadanie, po śniadaniu idziemy w dżunglę i przewodnik pokazuje różne drzewa, rośliny i zwierzęta. Jeśli ktoś lubi chodzić po lasach i jest zaznajomiony z takim terenem to wielkiego szoku nie przeżyje, tamtejsza dżungla podobna jest do naszego lasu tylko inne drzewa i zwierzaki. Po drodze zjadamy pomelo (taki owoc podobny do grejfruta) i idziemy na obiad. W nocy wypływamy na jezioro żeby oglądać i ew. złapać kajmana (taki mały krokodyl), niestety nam się nie udaje, pozostaje nam tylko widok ich świecących oczu. Następnego dnia wcześnie rano wracamy do przystani przy „leśniczówce”, tym razem całość na nogach (ok. 4 km). Tam czeka na nas łódka którą jedziemy do Tarikaya Projekt, płynie się dość długo (godzinę?) - jest to miejsce gdzie przygarnia się chore, dzikie, zwierzęta od ludzi, leczy się i próbuje uwalniać. Na miejscu idzie się najpierw na most linowy wysoko w górze a potem ogląda zwierzęta które przynieśli ludzie z wiosek. Na miejscu pracują wolontariusze, tylko z tego co się dowiedzieliśmy trzeba miesięcznie płacić 2000 EUR aby tam być, ludzie których tam widzieliśmy traktowali to bardziej jak wakacje, widać to było po próbie wbicia dużego gwoździa przez 3 osoby przy pomocy małego młoteczka - tragedia (sam przewodnik nie był entuzjastycznie nastawiony do tego miejsca). Tam zjedliśmy obiad i poszliśmy się okąpać w rzece, zaczęło padać. Przewodnik próbował załapać jakąś rybę ale żadna nie chciała brać, jak już był wieczór to udaliśmy się na nocleg. Tej nocy spaliśmy pod namiotami ustawionymi w jakimś domku, dach przeciekał ale byliśmy tak zmęczeni że noc minęła szybko i padający deszcz w ogóle nie przeszkadzał. Następnego dnia rano przez kilka godzin wracaliśmy do Puerto Maldonado, trwało to tak długo bo płynęliśmy pod prąd. Mieliśmy jeszcze jeden dzień wolny w Puerto Maldonado, tym razem nocowaliśmy w Hotelu Moderno, tani (chyba 11 SOL od osoby), czystość jest utrzymywana ale wrażenie jakie to miejsce pozostawia… pokój bez łazienki, trochę grzyba na ścianach, łazienki sprawiają wrażenie brudnych, na jeden dzień może być, ale na dłużej lepiej wybrać droższą opcję. W samym Puerto Maldonado zwiedziliśmy jeszcze „ZOO” z wężami - 15 SOLi wstęp, ale nie warto - do obejrzenia jest parę terrariów ze śpiącymi wężami + jakieś akwarium; to „ZOO” znajduje się niedaleko portu, za dojazd zapłaciliśmy raz 8 SOLi, a droga powrotna 5 SOLi (kawałek uszliśmy na nogach). Tuż obok „ZOO” z wężami można jest motylarnia, nie wiemy ile wstęp bo przyszliśmy za późno - motyle można oglądać wtedy kiedy słońce jest wysoko, od 13 do 15. Ostatniego dnia rano do hotelu przyjechał po nas Abel i odwiózł nas na lotnisko (to jest w cenie wycieczki) a stamtąd polecieliśmy do Cusco (lepiej było tak zorganizować żeby wracać od razu do Limy). Normalnie, jeśli przylatuje się do Puerto Maldonado pierwszego dnia i wylatuje trzeciego to nie ma potrzeby nigdzie nocować - pierwszego dnia na lotnisko przyjeżdża przewodnik, w biurze dobiera się gumowce i zaraz jest start do dżungli, trzeciego dnia tylko się wraca - rano pobudka, powrót do portu i odwiezienie na lotnisko. Warto zabrać dobry preparat na komary, butelka 90 ml ledwie starczyła dla dwóch osób na 4 dni, dobra latarka - koniecznie, scyzoryk będzie też pomocny.

Powrót - Cusco, Lima

Około południa byliśmy w Cusco, zjedliśmy coś i udaliśmy się do hostelu żeby zostawić rzeczy, postanowiliśmy tego samego dnia jechać do Limy. Poszliśmy na terminal piechotą (jakoś pół godziny) i kupiliśmy bilety do Limy - 2 bilety po 70 SOL i 2 po 90 SOL (parter, lepsze siedzenia), do tego od każdego biletu 1,10 SOL opłaty za terminal. Wyjazd godzina 17, na miejscu w Limie byliśmy ok. 14. Wróciliśmy do hostelu po rzeczy i udaliśmy się na terminal (trzeba być ok. 30 minut wcześniej) w między czasie coś zjedliśmy. W czasie jazdy autobusem nie było problemów, na miejscu w Limie wzięliśmy taksówkę za 8 SOL do sprawdzonego Hotelu Europa gdzie zostaliśmy do wylotu samolotem. Odlatywaliśmy dzień wcześniej bo dowiedzieliśmy się, że Air Comet skasował nasz lot, to spowodowało że zostaliśmy w Madrycie jeden dzień.

podroze/pibrelacja.txt · ostatnio zmienione: 2014-02-27 02:02 (edycja zewnętrzna)